Gdy 81 lat temu do rąk czytelników trafił Folwark zwierzęcy George’a Orwella, nikt nie mógł się spodziewać, że ma do czynienia z jednym z najwybitniejszych i najbardziej znanych dzieł XX wieku. Świadczy o tym wielokrotne wznawianie powieści o tym, jak w wyniku rewolucji władzę na farmie przejmują zwierzęta, a potem świnie przekształcają ją w bezwzględną dyktaturę. Orwell miał trudności z opublikowaniem książki przez... odniesienia do Związku Sowieckiego, ale potem właśnie to zapewniło jej popularność. Choć pierwowzór jest bogaty w treści raczej dla dorosłego odbiorcy, ta jego adaptacja nie jest filmem familijnym; skierowana jest do młodszej widowni. Dzieje się tak dzięki pominięciu niektórych wątków i szczegółów, a także dodaniu tego i owego przez scenarzystę. Rdzeń historii pozostaje ten sam – wciąż to opowieść o tym, jak łatwo zatracić ideały, gdy w grę wchodzi władza, mroczną satyrę polityczną zmieniono jednak w lżejszą opowieść z elementami humoru dla młodszych widzów. Akcja filmu rozgrywa się w czasach współczesnych, o czym przesądza nie tylko to, że świnie noszą modne dresy, jeżdżą sportowymi samochodami i używają smartfonów. W centrum opowieści znajduje się nowa postać – prosię Szczęściarz – rozdarta między lojalnością i naukami Chrumki a chęcią zaimponowania Napoleonowi, wodzowi świń. Nowa jest krytyka kapitalistycznej i konsumpcyjnej rzeczywistości. Tę pierwszą reprezentuje miliarderka Frieda Pilkington. To wszystko może się podobać lub nie, ale może to jest cena trafienia z opowieścią Orwella do młodzieży? /w.d.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
