Kulisy powstawania Do utraty tchu, debiutanckiego filmu Jeana-Luca Godarda, uważanego za jedno z najważniejszych dzieł francuskiej Nowej Fali – nurtu, który odmienił język i formę sztuki filmowej – jak najbardziej nadawały się na... film. Godarda (w tej roli Guillaume Marbeck) poznajemy jako recenzenta filmowego i początkującego reżysera. Ma na koncie krótkie metraże, ale chciałby sprawdzić się w dłuższej formie. Los uśmiechnął się do jego kolegów – wkrótce także wielkich twórców Nowej Fali. Ale i on dostanie szansę, gdy jeden z nich – François Truffaut (Adrien Rouyard), potem twórca słynnego Fahrenheit 451, pokaże mu zarys scenariusza inspirowanego tekstem o paryskim zabójcy. W roli głównej Godard obsadził Jeana-Paula Belmondo (Aubry Dullin), którego wypatrzył w knajpie. Luzacki styl pracy reżysera jednym odpowiadał (Belmondo), innych – jak aktorkę Jean Seberg (Zoey Deutch), która dzięki filmowi zyskała sławę, ale szczególnie producenta Georges’a de Beauregarda (Bruno Dreyfürst) – szokował. Godard działał bez gotowego scenariusza; układał dialogi w trakcie zdjęć, które pozbawione były statywu – kręcono je kamerą z ręki. Film stara się oddać atmosferę sprzed prawie 70 lat, gdy powstawał, młodzieńczego ducha francuskiej Nowej Fali, skupionej na wolności twórczej i buncie przeciwko tradycyjnemu kinu. Wtedy „spontan” wystarczył. Trzeba było ustawić kamerę, założyć taśmę filmową i... szło. Konieczność odtworzenia rzeczywistości sprzed tylu lat z detalami stwarzała komplikacje. Efekt jest niezły. /w.d.
Pomóż w rozwoju naszego portalu
