Reklama

W wolnej chwili

Komar

2026-02-03 11:34

Niedziela Ogólnopolska 6/2026, str. 56-57

[ TEMATY ]

opowiadanie

Anna Wiśnicka

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Motorower to moje marzenie. Szczególnie od czasu, jak nabył go mój kolega z sąsiedniej parafii i paraduje na nim codziennie. Czasem też mnie podwozi i namawia do kupna. Ogromnie ułatwia to życie przy codziennych dojazdach na lekcje religii, w niedziele do dwóch kaplic i daje poczucie wolności. Wszystko to wiem i mogę sobie wyobrazić, jaka to frajda. Kolega potrafi do mnie przyjechać wieczorem bodaj na chwilę, dotąd to było niemożliwe. W ciężką zimę jedziemy razem na spowiedź do odległej parafii. My, oczywiście, bo mamy czym, proboszczowie musieliby uruchamiać jakieś furmanki czy sanie. Da się, choć parokrotnie lądujemy w rowie i marzniemy na sopel. Piękna sprawa. I tak trwa u mnie to marzenie i zachwyt, bardziej w rozważaniu niż realnie. Powód prozaiczny. Nie bardzo mnie stać na motorower. I tu wydarza się rzecz z kategorii rzadkie i prawie niemożliwe. Proboszcz, rozumiejąc moją pasję i potrzebę, proponuje pożyczkę. Okazuje się, że ta chlubna intencja podbudowana jest jednak prywatą: – I oddasz mi wreszcie moją damkę. Patrzeć nie mogę, jak ją zniszczyłeś.

Dotąd jeżdżę rowerem proboszcza. Męczące to i uciążliwe, bo kraina miejscami pagórkowata i po duktach piaszczysta. Poza tym ciągle mi wypomina, że nie dbam wcale o ten jego rower, a to jest jedyny egzemplarz jakiejś tam firmy, której nazwa niczego mi nie mówi. Ale proboszcz ma prawo do sentymentów i wiary w niezwykłość swojego roweru.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

W wolny dzień, z gotówką w kieszeni i błogosławieństwem proboszcza, jedziemy zatem na zakupy. O sancta simplicitas (święta naiwności). Podniecenie trwa krótko, w pierwszym mieście we wszystkich dwóch sklepach nie ma i w dającej się przewidzieć przyszłości raczej się nie spodziewają. To chodliwy towar. Smutnieję, bo taką miałem nadzieję, że wrócę na jego grzbiecie czy raczej mniej romantycznie, a prawdziwiej – na siodełku. Kolega decyduje, nie odpuszczamy, idziemy na trasę i jedziemy do większego miasta. Tam prawdopodobieństwo znacznie wzrasta. Tłuczemy się na pace jakiejś ciężarówki kolejne kilometry. On, zaprawiony w bojach co do podróży i zakupów, podnosi moje morale i podtrzymuje mnie na duchu. – Anioł Stróż, stary. Nie ma lepszej broni. Ty do swojego, ja do swojego i nie ma mocnych. Motor musi być.

Żeby zwiększyć skuteczność, dodajemy do tego Różaniec, choć mamy wątpliwości, czy w tak, powiedzmy, wobec innych potrzeb świata, błahej sprawie należy angażować moce niebieskie.

– Ważne, żeby tylko ufnie i szczerze – pociesza mnie i minimalizuje wątpliwości.

W pierwszym Polmozbycie pudło, ale uprzejmy gość, widząc nasze rozczarowanie, dopytuje o profesję i informuje nas o innej placówce, w której niedawno była dostawa. – Może wszystkiego jeszcze nie rozebrali. Tylko nie tak, że na sklepie ma stać, bo na pewno nie stoi. Zapytajcie o Stefana i powiedzcie mu, że jesteście od Mietka. Jak mają, to na bank będzie wasz.

Reklama

Rzeczywiście, na sklepie nie widać nic poza paroma rowerami z branży, która nas interesuje. Gdyby nie pan Stefan, odeszlibyśmy z kwitkiem. A tak, jeśli od Mietka, to inna rozmowa, wchodzimy jako klienci specjalni za wysokie regały na niewidoczną część sklepu. Stoją dwa motorowery i motocykl WSK. Biegniemy do Komara, uradowani. Pan Stefan pacyfikuje nasz entuzjazm. Ta oferta jest nieaktualna, bo po pierwsze jest już obiecany, a po drugie jest niekompletny i puścił mu spaw na ramie. Ten drugi jak najbardziej dostępny i polecany jako dobro wyjątkowe, to nieznany nam nowy model z fabryki rowerów o wdzięcznej nazwie Romet. Wobec Komara wydaje się trochę dziwaczny, bo o ile tamten naśladuje „dorosłe” motocykle, tak ten zostaje przy swoim rowerowym pierwowzorze. Bak ma z tyłu za siodełkiem, tam, gdzie zwykle znajduje się bagażnik, w środku głębokie wcięcie jak u damki. Ładną ma kierownicę i reflektor. Tym, co jeszcze można mu policzyć na plus, jest to, że jest tańszy i, według sprzedawcy, mniej pali. Nie ma w nas entuzjazmu, więc próbujemy walczyć o ten zdefektowany egzemplarz Komara. – Upieraj się, Waldek zaspawa, pomaluje się i będzie w porządku – szepcze mi kolega na ucho.

Nie ma mowy, odpowiedź natychmiastowa, poza tym już w tym kwartale nie spodziewają się żadnej dostawy, a i w przyszłym, jeśliby się co trafiło, to na sklep nawet nie wyjedzie, bo pójdą wszystkie dla listonoszy. Radzi brać, co jest, bo zainteresowanie nim jest duże i nie wie, czy do jutra dotrzyma, gdybyśmy się chcieli namyślać czy naradzać z kim.

– Na darmo żeśmy jechali taki kawał? Bierzmy go. – Wobec takiego dictum kolega zmienia front i radzi co innego niż przed chwilą.

– A można go odpalić, spróbować, jak się jedzie?

Pan Stefan uśmiecha się wyrozumiale. – Nie ma benzyny, a nawet jakby była, to nie ma takiego zwyczaju. Klient widzi, klient bierze albo nie. Tu przymusu żadnego nie ma.

Widać, że panu Stefanowi zaczyna brakować już uprzejmości wobec tak roszczeniowych i niezdecydowanych klientów. Magia Mietka przestaje działać. Decydujemy się szybko, żeby nie stracić do końca jego życzliwości. Radzi nam jeszcze dokupić kanister, bo to też ostatnio rzadka rzecz, a nieodzowna przy tak małym baku. Gest wdzięczności, wynaleziony dawno temu przez Fenicjan, dopełnia i wyczerpuje nasze relacje z panem Stefanem. Wędrujemy znowu na trasę z tym nabytkiem, żeby dostać się jakoś do domu. Po drodze do CPN-u wzbudzamy duże zainteresowanie, gdzie kupiony, za ile, czy jeszcze są, ile ewentualnie trzeba by dać do ręki.

Reklama

To, jakim się cieszy uznaniem u kierowców, wzmacnia i moją wiarę w słuszność nabytku. Prawie jestem dumny na stacji benzynowej, kiedy grupka facetów ogląda z zaciekawieniem. Wprawdzie uruchomić się nie da od razu, ale to zupełny drobiazg. Za to nasłucham się rad i wskazówek co do eksploatacji. Na drodze problem ze złapaniem okazji, bo nie dość, że nas dwóch, to jeszcze ten okaz motoryzacji. Trochę nam schodzi, lecz w końcu trafiamy na litościwego czy też raczej zainteresowanego kupnem kierowcę. Odkupi natychmiast, przepłaci nawet, bo już parę miesięcy szuka czegoś takiego dla żony, nie ma jak do roboty dojechać. Dobrze, że nie każe nam wysiadać, gdy jesteśmy całkiem odporni na jego perswazje. Kiedy docieramy na miejsce, a jest to już schyłek dnia, na plebańskie podwórze wychodzą wszyscy, żeby podziwiać, przymierzyć się, zobaczyć. Proboszcz po pobieżnych oględzinach jest niezadowolony.

– Takie małe gówno, za przeproszeniem. To jak ty mnie zabierzesz gdzie na odpust czy na spowiedź?

Kiedy jeszcze są problemy z uruchomieniem, zupełnie traci nim zainteresowanie i kwituje całą sprawę jednym zdaniem: – To moja damka lepsza i niezawodna. Jeszcze mi nie odmówiła, a tyle lat już ma.

Organista, właściciel motocykla, uporem i determinacją uruchamia wreszcie tę humorzastą maszynę. Tłumaczy mi: – Jak jest iskra na świecy i paliwo w gaźniku, to nie ma mocnych, musi palić. – I dodaje: – To przy normalnych motorach, bo ten jest jakiś inny, wszystko jest, a on nie. Ale spokojnie, damy mu radę.

Patrzę z podziwem i lekką zazdrością, jak kolega jednym kopnięciem odpala swojego Komara i odjeżdża spod plebanii, a my w kilku mamy już dosyć i kopania, i popychania, i majstrowania przy świecy i gaźniku. W końcu jednak, cudem pewnie Boskim, się udaje. Co za radość. I rzeczywiście robimy honorową rundę po podwórku. Na dziś to tyle, bo już ciemna noc.

Ta zmienność nastrojów i chimeryczność zostanie mu na lata, wiele razy będę doświadczał tego, że iskra i paliwo to za mało, jeśli braknie dobrej woli tej bezdusznej maszynie. Po roku połowę z tego, co ma na liczniku, nadeptałem na nogach, prowadząc i pchając ten niewdzięczny i złośliwy sprzęt. W związku z tą jego nieprzewidywalnością rozwija się w naszych relacjach cała gama zaklęć, pochwał, namów, ale i okropnych przekleństw, wyzwisk i gróźb. Raz był nawet skopany. Bywa, że wracamy na jakiejś przygodnej furze, ku uciesze woźnicy i dziwnej satysfakcji konia nawet. Może jestem przeczulony i tak to odbieram nadwrażliwie. Na początku, przez pierwsze tygodnie, cieszy się niezwykłym podziwem u dzieciaków z każdej wioski. Kolejka się ustawia, żeby bodaj usiąść, przymierzyć się czy być podwiezionym choćby kawałek. Potem powszednieje. Jest jedyny w całej parafii, rozpoznawalny. Nie mogę teraz incognito zawitać do kogoś, demaskuje mnie natychmiast, musiałbym go chować do stodoły. Nawet jak jest na chodzie i przyjaźnie nastawiony, choć to rzadkość, jazda na nim, szczególnie zimą po śliskich koleinach, to wyczyn ekstremalny niemal. Bywa, że po udanym przejeździe z najdalszej wioski nie sposób puścić kierownicy, bo ręce z mrozu zgrabiały. A i tak jest frajda, zresztą innych możliwości dojazdu nie ma. Gorzej, jak miewa ciąg jak, nie przymierzając, u pijaka przepadłego, złego nastroju i bojkotu. Wlec go wtedy ze sobą po tych wykrotach, potykając się co chwilę i leżąc co drugi raz ja na nim bądź na odwrót, wymaga hartu ducha. Nawet dla większej skruchy, jak mi proboszcz podpowiada intencję, nie potrafię wytrwać dłużej. Podejrzewamy nawet, po cichu i na osobności, że może być nawiedzony, bo choć poświęcony, to jednak przez wikarego tylko, a nie proboszcza, który ma władzę nad duchową przestrzenią parafii jakiejkolwiek proweniencji. Dlatego też kiedyś zimą, doprowadzony do ostateczności przez jego upór, odarty z nadziei i resztek siły, porzucam go w jakimś rowie, nie mając już zdrowia ani siły, żeby go pchać po śniegu. Rano budzi proboszcza mleczarz i pyta o wikarego, czy mu się co stało, czy tylko popił, bo motor w rowie, w polu szczerym porzucony. I tak wrócił do mnie. Widać jesteśmy sobie przypisani.

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Pogrzeb z poślizgiem i historia Zenki

Pogrzeby to kolejny temat moich zadziwień. Majestat śmierci jest tu traktowany z całą powagą, większą pewnie niż gdzie indziej, i celebrowany uroczyście, z największą starannością. Czas zwalnia, wręcz w sposób odczuwalny, zarówno wśród najbliższych, jak i w całej wiosce, gdzie ktoś umiera. Wszystko, choćby najpilniejsze sprawy, musi odejść na dalszy plan, zwykle do trzeciego dnia po pogrzebie. Przez ten czas temat jest jeden – żałoba. To ona bierze w posiadanie myśli, wyobraźnię, rozmowy, zachowania. Wszystko i wszystkich sobie podporządkowuje. Nikomu też nie przyjdzie do głowy, żeby zakwestionować choć jeden zwyczaj czy zachowanie albo skracać czas żałoby. Szacunek wobec tradycji jest powszechny. Tak było. Tak musi być. Tak jest dobrze. Różnice się trafiają w poszczególnych wioskach, ale dotyczą drobiazgów, rzeczy nieistotnych. Najpierw przez 3 dni czuwa się przy trumnie w domu zmarłego. Za punkt honoru uważa się obowiązek udziału przynajmniej w jeden wieczór. Są też wyspecjalizowani przewodnicy tych czuwań. Wiedzą, co, kiedy, jak; mają grube śpiewniki z odpowiednimi pieśniami. Ten rytuał ma swój scenariusz i klimat, i chyba właściwe sobie działanie terapeutyczne. Pogrzeb, jeśli z dalszej części parafii, trwa i trwa. Na umówioną godzinę przyjeżdżają konie. Wóz czy bryczka ubrane żałobnie. Jedzie się długo w milczeniu. Niestosowne jest wszelakie zagadywanie, nawet o nieboszczyka. Do kościoła idzie się pieszo, w kondukcie, bez względu na to, ile jest kilometrów i jaka droga. W kościele najpierw spowiedź – a idzie do spowiedzi, kto żyw – potem egzekwie, Msza i wymarsz na cmentarz. Tam jeszcze stosowne modlitwy i mowy. Bywa, że schodzi prawie cały dzień. I to jest w porządku. Pośpiech byłby obrazą, wręcz bluźnierstwem. Wszystko wymaga czasu, musi wybrzmieć. Żałoba najbardziej. Pogrzeby w zimie to sprawa oddzielna. Wiozą nas raz jakieś 8-9 km, okrężną drogą, bo ta najbliższa cała zawiana. Na miejscu wszystko jak powinno być – płacz przy pożegnaniu i zakrywaniu trumny, żałobny śpiew i ruszamy. Okazuje się, że kondukt zawsze chodził tą najbliższą drogą, więc i tym razem tamtędy. Na początku się cieszę, bo to jednak o 2-3 km bliżej, ale radość z mniejszej odległości przechodzi bardzo szybko. Przede mną idzie tylko mężczyzna z krzyżem, tuż za nim ja. Śniegu jest powyżej kolan, a bywa i znacznie grubiej miejscami. Ten z krzyżem zna drogę i chwała Bogu, bo często nie widać zupełnie, gdzie droga, a gdzie rów czy inne atrakcje. Zadzieram sutannę i kapę i brnę w tym puchu po kolana. Marzy mi się, żeby jak najszybciej przebić się do tej przejezdnej drogi. Tam już będzie łatwiej. Czoło mam spocone pod biretem, jestem mokry do pasa i zmarznięty. Przebrać się? Nie ma mowy, ludzie czekają przy konfesjonale. Nie można nagle przerwać celebracji z racji mokrych portek. Jest jedna wieś ze szczególnie rozbudowaną obrzędowością i formą żałoby. Jedziemy tam właśnie w środku zimy, bo zmarł najstarszy mieszkaniec. Proboszcz mnie uświadamia.
CZYTAJ DALEJ

40 pytań Jezusa: "Czemuście Mnie szukali?"

Każdego dnia Wielkiego Postu podamy Ci jedno konkretne pytanie, które Jezus zadaje w Ewangeliach (np. „Czy wierzysz?”, „Czego szukacie?”, „Czy miłujesz Mnie?”). Bez moralizowania. Niech to będzie zaproszenie do osobistej konfrontacji i zmierzenie się z własnymi trudnościami w czasie tegorocznej wielkopostnej drogi.

Czasem szukamy Boga w napięciu i niepokoju. Tymczasem On jest tam, gdzie trwa relacja z Ojcem. Może twoje szukanie jest zbyt nerwowe? Może trzeba mniej działać, a bardziej być?
CZYTAJ DALEJ

Nasz grzech i ciężar płonącego świata – Andrea Tornielli komentuje homilię Leona XIV w Środę Popielcową

2026-02-19 17:40

[ TEMATY ]

Wielki Post

Środa Popielcowa

Papież Leon XIV

Vatican Media

„Jak rzadko spotyka się dorosłych, którzy się nawracają, osoby, firmy i instytucje, które przyznają, że popełniły błąd!”. Słowa wypowiedziane przez papieża Leona w homilii podczas Mszy Popielcowej ukazują rzeczywistość naszych czasów: żyjemy otoczeni przez ludzi, przedsiębiorstwa i instytucje na każdym poziomie, które z trudem przyznają się do błędu. My sami z ogromnym trudem uznajemy, że zawiniliśmy, i prosimy o przebaczenie, przyznając się do naszych win.

Początek Wielkiego Postu jest dla chrześcijan wielką okazją, by uznać siebie za grzeszników potrzebujących pomocy i przebaczenia. Zwraca uwagę, że Następca Piotra chciał podkreślić wymiar wspólnotowy tego doświadczenia: „Kościół istnieje także jako proroctwo wspólnot, które uznają swoje grzechy”. Zamiast nieustannie szukać zewnętrznego wroga, zamiast patrzeć na świat, uważając siebie zawsze za mających rację i stojących po właściwej stronie, jesteśmy wezwani do postawy pod prąd oraz do „odważnego podjęcia odpowiedzialności” - osobistej, ale także zbiorowej.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję