Reklama

Rodzina

Wakacje na Rodos

Według badań Głównego Urzędu Statystycznego, blisko siedemdziesiąt proc. Polaków w ubiegłym roku nie wyjechało na urlop. Powód, dla którego zostają w domu, jest głównie finansowy. Najtrudniej jest wyjechać rodzinom z kilkorgiem dzieci. Najrzadziej natomiast na wakacje wyjeżdżają rodziny wiejskie

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wieś Słopnice położona jest w Beskidzie Wyspowym, nieopodal Limanowej i Tymbarku. W gminie mieszka ponad sześć tys. mieszkańców. Gospodarstwa są tu niewielkie - trzy, cztery hektary, gdzieniegdzie sześć, dziesięć. Tutejsza społeczność utrzymuje się z rolnictwa, handlu i drobnej wytwórczości. Wieś wygląda na zamożną. Ale tę „zamożność” bardzo wielu mieszkańców wypracowuje za granicą. Często kosztem rodziny. Choć rodzina jest tu dobrem najwyższym.

Udomowione wakacje

Słopnice najbardziej znane są z tego, że rodzi się tu najwięcej dzieci w Polsce. W rodzinach jest siedmioro, dziewięcioro, dwanaścioro, a nawet szesnaścioro dzieci. Choć wiele rodzin jest niezamożnych, zapewniają one, że są szczęśliwe. Jednak z tej wsi niewiele osób wyjeżdża na urlopy i wakacje. - Owszem, są tu organizowane szkolne wyjazdy na wypoczynek, ale w niewielkim stopniu. Podobnie jak i te dofinansowywane przez gminę - podkreśla Maria Pachut, pracownik socjalny i referent do spraw świadczeń rodzinnych w Słopnicach. - Była kilkudniowa wycieczka szkolna na Węgry, są też wyjazdy na kolonie. Głównie organizują je szkoły. Dzieci jednak wyjeżdżają na ogół na krótko.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

- Najczęstszą formą spędzania wakacji przez rodziny wielodzietne są wyjazdy do „dziadzia i babci” - mówi ks. Jan Gniewek, proboszcz parafii św. Andrzeja Apostoła w Słopnicach. - Mieszka tu sporo rodzin wielodzietnych, których ojcowie pracują za granicą, bo muszą jakoś zarobić na dom. Jeśli dobrze zarabiają, to czasem dzieci gdzieś wyjadą, niekiedy pojadą nawet do ojca za granicę - dodaje kapłan. - Głównie jednak dzieci jeżdżą do rodzin. W naszej diecezji rokrocznie Caritas organizuje kolonie dla dzieci rolników. Kilkadziesięcioro dzieci pojechało też na kolonie nad morze, organizowane przez „Solidarność” Rolników Indywidualnych. Wiadomo też, że są Wakacje z Bogiem. Młodzież bardzo chętnie na nie wyjeżdża. W tym roku wyjechało blisko siedemdziesiąt osób z parafii. To miły wypoczynek, rekolekcje, modlitwa. Trzydzieścioro dzieci było na krótkim wypoczynku po zakończeniu roku szkolnego. Jednak duże rodziny głównie siedzą w domach, bo nie ma kto sfinansować ich wyjazdów. Jak dotąd, pewne jest, że nie uczyni tego państwo, które na ogół stara się w jak najmniejszym stopniu pomagać dużym rodzinom, które chciałyby wyjechać na urlop bądź przynajmniej wysłać na wakacje swoje pociechy. Dotyczy to zarówno rodzin niezamożnych, jak i średniozamożnych. - Śmiejemy się, że polskie rodziny wielodzietne najczęściej wypoczywają na RODOS, co należy czytać jako Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką - mówią Karina i Paweł Borządkowie, członkowie Związku Dużych Rodzin „Trzy Plus”. - A skoro polskie rodziny nie mogą liczyć na pomoc państwa w spędzeniu wakacji, to… zawijamy rękawy i w ciągu roku pracujemy na to, żeby mieć na wakacje. I nie chcemy w tym zakresie pomocy od państwa - podkreślają państwo Borządkowie. - Wolelibyśmy, żeby państwo zastanowiło się, jak wiele ma dużych rodzin i jak wysokie płacą one podatki. My, jako duża rodzina, płacimy naprawdę znaczne podatki VAT niemal od wszystkiego. W naszym związku jest mnóstwo niezamożnych rodzin i muszą sobie jakoś radzić. Oczywiście, wspomagamy się wzajemnie, a i wójt podwarszawskiego Jaktorowa, gdzie mieszkamy, podjął działania wspomagające duże rodziny, przede wszystkim wprowadzając „Kartę Dużych Rodzin”, która daje zniżki np. na wywóz śmieci.

Po chrześcijańsku znaczy godnie

Reklama

Państwo Karina i Paweł Borządkowie są blisko czterdziestolatkami. Oboje po studiach. Karina Borządek uczy muzyki w szkole podstawowej. Mąż Paweł jest prywatnym przedsiębiorcą. W tym roku obchodzą piętnastolecie małżeństwa. Przy wsparciu rodziny i „z pomocą” banku przed dziesięciu laty wybudowali dom i do dziś spłacają zaciągnięte na długie lata kredyty. Kiedy rozpoczęli budowę domu, przez kilka lat nie mieli ani pieniędzy, ani czasu, by jechać na wakacje. Są rodzicami sześciorga dzieci. Najstarsza córka, Marta, ma czternaście lat, Mateusz - o dwa lata mniej. Gabrysia skończyła dziesięć lat, a czytający już Kacper, który będzie szedł w tym roku do męskiej szkoły „Azymut” w Pruszkowie - sześć. Łukasz urodził się przed trzema laty, zaś Marysia, paradująca z uśmiechem i w sukni do samej ziemi, liczy sobie szesnaście miesięcy i żywo reaguje na otaczający ją świat. Trójka dzieci państwa Borządków, oprócz zajęć w szkołach katolickich „Azymut”, „Promienie” w Nadarzynie oraz szkoły KIK w Podkowie Leśnej, chodzi również do szkół muzycznych. Marta jest w klasie fletu, Mateusz - gitary, a Gabrysia, przebywająca właśnie na obozie harcerskim - fortepianu. W ciągu roku starsze dzieci spędzają też czas w klubach dla dziewcząt: „Fontanna” „Iskierka”i w klubie dla chłopców „Potok” w Warszawie. Są otwarte i ciekawe życia. Trójka jest harcerzami w ZHR i Skautach Europy. Czwarty, Kacper, aspiruje do „wilczka”, czyli zucha w „Zawiszakach”. Chłopcy rokrocznie wyjeżdżają z tatą na „Wyjazdy ojców i synów”. Ta nieformalna grupa funkcjonuje od trzech lat. - W sezonie najpierw mamy kilka krótkich, na ogół jednodniowych wyjazdów pozawakacyjnych - opowiada Paweł Borządek. - Któregoś razu zaprosiliśmy prawdziwego trapera z lasu. Pana, który mieszka w Bieszczadach i tam na co dzień poluje i łowi. Nauczył chłopaków, jak sobie radzić w trudnych sytuacjach w lesie, np. jak szukać drewna na ognisko czy jak przygotować herbatę z igieł sosnowych. Zawsze podczas wyjazdu mamy Mszę św. w jakiejś lokalnej parafii. Przy czym wszystko ma się odbywać niezbyt daleko od Warszawy, niedrogo, i być pouczające dla naszych chłopców. Jedziemy rano, wracamy wieczorem. Jest też trochę sportu, jakaś piłka, rozgrywki. I ciekawy wykład dla ojców.

Wakacje to nie konsumpcja

Duże rodziny, czyli rodziny wielodzietne, jak na ogół mówi się i pisze w polskich mediach i opracowaniach, kojarzone są z tzw. marginesem - społecznością na wikcie państwa. Jeszcze dzisiaj można usłyszeć: „Państwo musi na was łożyć, bo macie kilkoro dzieci”. Jak podkreślają Karina i Paweł Borządkowie: - Związek Dużych Rodzin „Trzy Plus” robi dużo, żeby odkłamać ten stygmat, że dużo dzieci to duży koszt dla państwa. - Tegoroczny panel ekspertów ekonomistów podczas Ogólnopolskich Dni Dużych Rodzin w Grodzisku Mazowieckim podkreślał bardzo wyraźnie, że dziecko jest najlepszą „inwestycją” państwa. Ono „się zwraca” kilka, a nawet kilkunastokrotnie w sensie nakładów, które należałoby poczynić, aby mogło się urodzić i wychować do wieku konsumpcyjnego - podkreśla Paweł Borządek. - Wreszcie, jeśli nie będzie dzieci, nie będzie potem dorosłych i nie będzie PKB. Trzeba więc pamiętać, że dzieci to najlepsza „inwestycja” państwa. Choć, jak podkreślał Jan Paweł II, nie można patrzeć na dziecko w kategoriach „produktu demograficznego”. Dzieci rodzą się z miłości i dla miłości, i tak należy patrzeć na nowe życie. Wszystkie wskaźniki i demografia to potrzeba ekonomistów. Żadna matka przecież nie rodzi dziecka dla PKB.

Reklama

Państwo Borządkowie chcą przynajmniej część wakacji spędzać ze wszystkimi dziećmi. Choć są średniozamożni, i oni oszczędzają na wakacje. Podobny obowiązek mają także dzieci. - Na swoje urodziny, imieniny czy Dzień Dziecka dostają czasem od dziadków i chrzestnych pieniądze i oszczędzają - wyjaśnia Paweł Borządek. - U nas nie dostaje się pieniędzy za koszenie trawy, wynoszenie śmieci czy inne obowiązki. Wychodzimy z założenia, że każdy, kto mieszka we wspólnocie rodzinnej, uczestniczy w jej życiu. Mamy też rodzinę, która nam pomaga. I zaangażowaną matkę chrzestną Kacpra, w której mazurskim domku rokrocznie spędzamy część wakacji. Nasze wyjazdy nie są jakieś szalone - z minuty na minutę. Staramy się wszystko zaplanować wcześniej. Nie wybieramy miejsc, które byłyby drogie i kojarzyły się dzieciom przede wszystkim z konsumpcją. Wiemy, że nasz Bałtyk, oprócz tego, że jest zimny i brudny, jest też drogi. Dzieci nie potrafią się też powstrzymać i oczekują, żeby im kupić kolejnego balonika czy wiatraczka, kolejnego gofra, loda czy pizzę. Naszym zdaniem, wakacje nie mogą się kojarzyć z konsumpcjonizmem, że oto skończyła się szkoła i hulaj dusza, piekła nie ma. Pieniądze wpadają jak do studni. Absolutnie nie! Podczas każdego wyjazdu musi też być dostęp do sakramentów świętych. Więc jedziemy w takie miejsca, gdzie jest w pobliżu kościół. I o ile wycieczki zagraniczne są ciekawe w sensie kulturoznawczym, to jednak nie zawsze są tak zorganizowane, żeby katolicy mieli możliwość uczestniczyć we Mszy św.

- Jeśli spędzamy razem wakacje, to chcielibyśmy, aby był to czas odpoczynku od codziennych zajęć, gotowania, prania - mówi Karina Borządek. - Zabieramy więc więcej ubrań. Tym bardziej że na Mazurach jest bardzo różna pogoda. Ostatnio dużo padało. Zresztą jeśli nawet bierzemy mało ubrań na jedną osobę, to u nas i tak wychodzi dużo. Najwięcej zużywa ich Marysia, najmniejsza, choć objętościowo nie zajmują tak dużo miejsca. Bo jak to małe dziecko - często się brudzi, no i bierzemy dla niej paczki pieluch. Był czas, że trzeba było brać krzesełka dla niemowląt. Teraz nie trzeba. W tym roku była potrzeba wzięcia dwóch wózków, ale po różnych przymiarkach okazało się, że jednak jeden wystarczy. Z kolei jedno z dzieci jest na diecie bezglutenowej, zabieramy więc ze sobą różne produkty, nie zawsze bowiem są dostępne podczas wakacji. Nie chodzimy też ciągle do restauracji.

W czasie wakacji częściej niż w ciągu roku działa u państwa Borządków domowa, bezpłatna „restauracja”, którą organizują dzieci. Same układają menu. Gotują i podają. Rodzice mogą wybrać z karty potrawę. Główną zarządzającą jest Marta, rolę kucharza pełni Mateusz, Gabrysia kelneruje, a Kacper i maluchy zabawiają gości.

- Często na wakacjach gotujemy sami. Kiedy byłam w ciąży z Łukaszem, a były wakacje, to jedenastoletnia wówczas Marta już robiła obiad. A młodsze mnie wachlowały, żeby nie było mi za gorąco. Tamte wakacje były więc bardzo intensywne dla całej rodziny - zapewnia z uśmiechem pani Karina i dodaje: - Generalnie i na poważnie: zawsze staramy się spędzać rodzinne wakacje aktywnie, ciekawie i z modlitwą.

2013-08-19 14:14

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Słowo na różowo

Niedziela warszawska 42/2012, str. 8

[ TEMATY ]

rodzina

wychowanie

dzieci

Włodzimierz Operacz

Jest taka magiczna cyfra, która powoduje nagłe znikanie problemów wychowawczych. Zamienia dzieci nieposłuszne w posłuszne. Potrafi sprawić, że dzieci ganiające się z dzikim wrzaskiem po gumnie i głuche na wezwania do kąpieli zaprzestaną gonitwy i udadzą się w stronę łazienki. Potrafi nawet wywołać ewolucję od: „Nigdy w życiu nie założę tej najokropniejszej na świecie kurtki!” w: „No dobra, założę!”. Ta cyfra to trzy. Trzeba powiedzieć: „Liczę do trzech i …” (tu należy wymienić czynność, którą dziecko powinno wykonać), np.: „Liczę do trzech i odkładasz książkę na półkę”. Mój mąż i ja nie używamy tej magii często. W końcu nie chcemy wychować dzieci na osoby, które zrobią wszystko, czego zażąda od nich pierwszy lepszy człowiek umiejący się wykazać liczeniem na palcach jednej ręki. Najważniejsza i podstawowa metoda wychowawcza to cierpliwe tłumaczenie. I tłumaczenie… I jeszcze trochę tłumaczenia… Jeśli dziecko nie chce czegoś zrobić, trzeba go wysłuchać, uszanować jego opinię i przedstawić swoje racje w zrozumiały sposób. Jednak czasem młody człowiek jest głuchy na argumenty, bo woli się bawić, wpada w histerię albo po prostu się upiera. Niestety, czasem trzeba użyć nagiego rodzicielskiego autorytetu i zarządzić: „Marsz do kąpieli”. Liczenie do trzech to komunikat: oczekuje się niezwłocznego wykonania pilnego zadania. Ma jednak tę zaletę, że tę niezwłoczność można trochę przeciągnąć, dając dziecku trochę czasu na refleksję. Między „dwa” a „trzy” może być jeszcze: „dwa i jedna trzecia”, „dwa i połowa”; a gdy obiekt zabiegów wychowawczych jest wyjątkowo oporny, to również: „…i ostatnie moje słowo, malowane na różowo”, a nawet: „… malowane na łazienkowo”, „kurtkowo” albo „książkowo”. W konfliktowej sytuacji żarcik, nawet niewysokich lotów, pomaga obu stronom rozładować napięcie i zyskać trochę dystansu do sprawy, która stała się źródłem sporu. Poza tym kiedy mama zaczyna liczyć, to nawet najbardziej rozbiegany trzylatek zwalnia i choćby z ciekawości skupia się na tym, co się do niego mówi. Niestety, magiczna liczba musi być obwarowana sankcją - jeśli padnie, to będzie kara. Ważne tylko, żeby odliczanie nie odbywało się w złości ani w nerwach. Stawiamy ultimatum z uśmiechem i spokojnie, ewentualnie z odrobiną współczucia dla ciężkiej doli dziecka, które musi zrobić coś, na co niespecjalnie ma ochotę. Istnieje również bardziej zaawansowana odmiana tej metody, dobra dla starszego dziecka, które już zna się na zegarku: informowanie go, ile ma minut na wykonanie jakiejś czynności. Tutaj już nie musimy się tak bardzo ograniczać z jej używaniem. W końcu zasada, że na zrobienie różnych rzeczy w życiu mamy określoną - nie tak znowu wielką - ilość czasu to problem, z czym młody człowiek będzie miał do czynienia przez całe życie.
CZYTAJ DALEJ

Papież do Drogi Neokatechumenalnej: misja podstawowym zadaniem

2026-06-01 17:30

[ TEMATY ]

Droga Neokatechumenalna

misja

Papież Leon XIV

podstawowym zadaniem

Agata Kowalska

O zadaniu misji i niesienia daru zbawienia wszystkim napisał Leon XIV w przesłaniu do uczestników Drogi Neokatechumenalnej, którzy zgromadzili się w madryckiej katedrze w niedzielę wieczorem. Z okazji 60-lecia Drogi Neokatechumenalnej sprawowana tam była Eucharystia.

Mszy św. w madryckiej katedrze Almudena przewodniczył arcybiskup Madrytu José Cobo Cano. Na zakończenie odczytano przesłanie Leona XIV oraz kardynała Kevina Josepha Farrella, prefekta Dykasterii ds. Świeckich, Rodziny i Życia.
CZYTAJ DALEJ

Lublin: pikieta przed szpitalem po informacji o żywym urodzeniu dziecka po aborcji

2026-06-02 14:31

[ TEMATY ]

Lublin

Adobe Stock

Ponad 100 osób zebrało się 1 czerwca przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Lublinie. Uczestnicy pikiety pytali o los dziecka, które według Fundacji Życie i Rodzina, miało urodzić się żywe po aborcji, a następnie zmarło. Szpital wydał w tej sprawie oświadczenie.

Pikieta odbyła się w Dzień Dziecka, przed Wojewódzkim Szpitalem Specjalistycznym im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego przy al. Kraśnickiej w Lublinie. Jej hasłem było: „Co zrobiliście z tym dzieckiem?”. Uczestnicy domagali się wyjaśnień dotyczących losu dziecka oraz modlili się o zatrzymanie aborcji.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję